To wydawnictwo mające na celu promocję muzyki elektronicznej, ambientalnej
i postindustrialnej.
Od teraz skupiamy się na dokumentowaniu nagrań
polskich zespołów działających na przełomie lat 70-tych,
80-tych
i 90-tych. Grup dziś zapomnianych,
których muzyka nadal ma ogromny potencjał. Ta muzyka jest
ponadczasowa
i warto byś się o tym przekonał...
KONTAKT
ZAMÓWIENIA
DÜSSELDORF
| 1989–1993 | ARCHIVE SERIES
requiem rec 38/2011 |
Dla miłośników szufladkowania zapomniana dziś formacja - Düsseldorf. Byli to tworzący ponad dwie dekady temu elektroromantycy
industrialu, dodatkowo sympatyzujący z new wave. Chmurna, natchniona poetyka tekstów, pełnych apoteozy przemysłu i hałasu, sprawia, że niemało na płycie prawdziwego liryzmu. Na uwagę zasługuje zwłaszcza 10-minutowy „wykład” w
Uleczmy maszyny, nawiązujący do manifestów futurystycznych z początku zeszłego wieku.
Wodospady, a także inne utwory budzą skojarzenia z twórczością duetu Soft Cell oraz klimatami grupy Suicide.
W niemal tanecznych kompozycjach króluje syntetyczne brzmienie na miarę przełomu lat 80/90. W emfatycznie recytowanym utworze
Królewska Huta („dymy, kopalnie, huty i stal, człowiek-maszyna!”) odzywa się jakże oldschoolowy odgłos prawdziwego vintage sprzętu, a mianowicie Answer Machine Final Message (rozpoznawalny dla pokolenia dzisiejszych minimum 40-latków). Soft industrial miał więc także w Polsce swych przedstawicieli. Nigdy nie jest za późno na frapujące odkrycia.
Something for pigeonholing fans, a forgotten band – Dusseldorf ( formed by New Horizon lead singer ) They were industrial electroromantics, sympatizing with new wave, making music over two decades ago. Sullen, inspired poetics of their lyrics – filled with industry and noise apotheosis, makes the album full of great lirism. Ten minute „lecture” Uleczymy maszyny is worth your consideration, it refers to futurist manifests dating back to the turn of the previous century. Wodospady and other pieces can be associated with Soft Cell works as well as Suicide climate.
A synthetic sound typical of the turn of the 80's and 90's dominates in those nearly dancing pieces. In emphatically recited piece Królewska Huta („ smoke, mines, ironworks and steel, human-machinery ”) you can hear an oldschool voice of a genuine vintage gear, namely Answer Machine Final Message ( recognized by the generation of 40-year-olds) It seems soft industrial had its exponents in Poland and it is never too late for such intriguing discoveries...
cd | ekopak, 12 stronicowa książeczka, handmade...
| 48:45 min
Zespół powstał w 1989 roku w Katowicach. Pierwsze próby odbywały się – tradycyjnie – w piwnicy jednego z bloków mieszkalnych, gdzie dwójka założycieli (wokalista Adam Białoń i klawiszowiec Adam Radecki – obaj ex–Nowy Horyzont) urządziła skromne studio i zajęła się dźwiękowymi eksperymentami w stylu wczesnego Kraftwerk, Cabaret Voltaire czy Front 242. Jedynymi instrumentami były wtedy: syntezator Mooga, automat perkusyjny, taśma magnetofonowa, mikrofony i przetworniki elektroakustyczne w stylu phaser czy flanger.
Początkowo chodziło o „zrobienie” nietuzinkowego materiału do nadchodzącego FMR Jarocin’89 (tam nastąpił debiut sceniczny) potem jednak pojawiły
się pomysły realizacji happeningów o charakterze typowo industrialnym, realizowanych w obiektach przemysłowych, gdzie oprócz głosu i wygłaszanych manifestów dominować miała muzyka maszyn „wygrywana” na żywo i w 100% pochodzenia akustycznego (tj. przekładnie, koła i inne mechanizmy wydające dźwięki). Niestety, odbyła się tylko jedna taka impreza – „Uleczmy maszyny”, zagrana w hali maszyn starej drukarni w październiku 1989 roku.
Po występie na FMR Jarocin’89 duet sporo występował w całej Polsce, używając dość oryginalnego jak na owe czasy instrumentarium: głos, moog, taśma i wspierając się od czasu do czasu samplerowym akompaniamentem Dariusza Krzywańskiego ze szczecińskiego Kafla.
Oprócz koncertów, grupa publikowała ulotki, eksperymentowała z fotografią i nagrywała sporo muzyki studyjnej, stopniowo odchodząc od pierwotnych założeń prymitywnego, spontanicznego, industrialnego rytmu i brzmienia.
Wraz z pojawieniem się MIDI muzyka grupy stawała się mniej autentyczna, bardziej konceptualna, a teksty traciły na spontaniczności. Ta sytuacja doprowadziła do rozłamu w grupie – na przełomie 1991/92 roku miejsce Adama Białonia zajął Marcin Jasiński. Jego wokal o zdecydowanie rockowym charakterze, a także zaangażowane teksty zmieniły oblicze Düsseldorfu na bardziej dojrzałe i konsekwentne, podążające jednak w
stronę nieuniknionej komercji.
Utwory komponowane w kultowym zestawie Atari/Steinberg były bardziej uporządkowane, poprawnie brzmieniowo i aranżacyjnie, a do tego nagrane na całkiem przyzwoitym sprzęcie. Niestety utraciła na tym strona „koncertowa” grupy – zrezygnowano z analogowego grania na żywo na rzecz gotowych podkładów pod wokal Marcina.
Tak zaczeła się powolna agonia Düsseldorfu jako kapeli o ambicjach koncertowych. Ostatecznie w połowie 1993 roku zespół zakończył działalność. Dwaj założyciele kontynuowali potem swoje kariery w zespołach: Nowy Horyzont (Białoń) i VSI (Radecki).
RECENZJE
Dość długo zastanawiałem się nad wyartykułowaniem pewnej refleksji, jaka przewijała mi się przez głowę podczas słuchania materiału z tej płyty. Ale tak, można pokusić się chyba o stwierdzenie, że druga połowa lat osiemdziesiątych w polskiej muzyce to jej najpiękniejszy, ale chyba i najbardziej dramatyczny okres. W latach tych ujawnił się niesamowity potencjał twórczy sceny nowofalowej, wtedy bowiem przypadł okres największej aktywności takich grup, jak Variété, Made in Poland, 1984, Aurora, czy Madame. Z drugiej strony większość sesji nagraniowych nie doczekała się wydań na nośnikach. Tłocznie płyt winylowych borykały się z dwoma problemami - brakiem surowca i obciążeniem coraz większymi zamówieniami na produkcję materiałów wybuchowych na potrzeby wojsk ZSRR w Afganistanie.
Minęło ponad 20 lat i surowca dalej nie ma, bo i tłoczni nie ma, za to materiały wybuchowe dostarczane są do Afganistanu na potrzeby wojsk polskich. Na szczęście w 1986 granulatu było jeszcze wystarczająco, aby ukazała się jedna z najgenialniejszych płyt polskiego rocka - "Nowa Aleksandria" Siekiery. I chyba nawet średnio zorientowanym słuchaczom wymienione do tej pory nazwy wydają się znajome. No cóż, może to kwestia granulatu, a może szczęścia. Dorobek wielu genialnych zespołów przeszedł niezauważony, bądź w ogóle nie został profesjonalnie zarejestrowany. Ich nazwy dziś kojarzą się z zupełnie czymś innym, a szkoda.
Duet Düsseldorf, bo o nim tu teraz będzie, powstał w 1989 roku w Katowicach na gruzach grupy Nowy Horyzont, powstałej na gruzach legendarnego Garaż w Leeds, powstałego na gruzach... tak, tak - Nowego Horyzontu. Wokalista Adam Białoń i klawiszowiec Adam Radecki umiejętnie połączyli w swojej muzyce zimnofalowe brzmienie z industrialnymi eksperymentami. Czerpiąc inspirację z dokonań Kraftwerk, Cabaret Voltaire, czy nawet jak niektórzy uważają, Suicide, a na pewno już Front 242, zespół zbudował własny styl, charakterystyczną dramaturgię i poetykę. Szkoda tylko, że tak niewiele nagrań przetrwało do dziś. Kiedy trzymam w ręce płytę, w tytule której pojawiają się dwie daty rozdzielone myślnikiem, to pojawia się nieodparte, smutne wrażenie, że oto patrzę na coś w rodzaju nagrobka, a jedyne emocje, jakie towarzyszyć mi będą podczas słuchania, związane będą z wspominkami. No i w tym przypadku nie do końca tak jest. Te dwie daty to znak, że materiał zawarty na płycie jest przekrojowy, obrazuje rozwój, czy akcentuje kierunki, w jakich podążała muzyka zespołu na przestrzeni lat. Z reguły jednak przy takich mini antologiach pojawiają się uzasadnione wątpliwości co do spójności zawartego na płycie materiału. Tak więc, ze względu na wysoce retrospektywny charakter wydawnictwa, ciężko pokusić się o ocenę poszczególnych utworów, zwłaszcza, że pojawiają się dylematy, chociażby takie, jak dziś podejść do ilustrowanych muzyką manifestów w rodzaju "Uleczmy maszyny", czy "Projekcja Live". Nie wydaje mi się, aby w tym przypadku jakakolwiek ocena była potrzebna. Wszystko o dziwo, układa się w spójną, zgrabną całość, no może z jednym wyjątkiem - utworu "Goddess of War", jednego z ostatnich nagrań, już z innym wokalistą, Marcinem Jasinskim. Utwór ten prezentuje już całkiem inne oblicze grupy. Poza tym, od pierwszych taktów otwierającego płytę "Dlaczego" poprzez "Deutschland Punk Bass" i "Królewską Hutę", fenomenalnie skonstruowany, fragmentami przedziwnie przebojowy "Anschluss", może niedoskonałe, nieco naiwne, ale prawdziwie poruszające wokalizy w "Judentanz", wplecione w porywającą, hipnotyczną motorykę rytmu i quasiklezmerskie akcenty, mamy do czynienia ze świeżym podejściem do muzycznej materii, ze śmiałym otwieraniem kolejnych obszarów poszukiwania własnej stylistyki i przekazu. Pierwsze muzyczne skojarzenia z nazwą Düsseldorf w powszechnym ujęciu, pozostaną zapewne niezmienione - Kraftwerk, D.A.F., czy Die Krupps. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że dzięki wydawnictwu Requiem, od tej pory będzie też kojarzyła się z tą zapomnianą już formacją z Katowic.
Na koniec chciałbym zacytować zamieszczone na okładce płyty, słowa wokalisty, Adama Białonia. Słowa, które oddają w pełni i moje odczucia: "[...] Piękne czasy które do dzisiaj robią na mojej osobie wielkie wrażenie, a wspomnienie tamtych dni przeszywa mnie dreszczem pozytywnej energii i tęsknotą za duchem i mocą ciemnej piwnicy, burzy mózgów, spontanicznymi akcjami, papierową korespondencją i kontaktami międzyludzkimi bez całej armii gadżetów, telefonów komórkowych, emaili i komunikatorów.[...]"
Düsseldorf "1989–1993". Autentycznie wzruszająca podróż sentymentalna do czasów, niestety, już minionych. Tak, tak, pomimo wszystko to były naprawdę piękne czasy. A wydanie nagrań Düsseldorf po dwudziestu latach od ich powstania, to zaskakująca i na pewno miła niespodzianka, ale i zarazem ocalenie tych nagrań przed całkowitym niebytem. Wielka w tym zasługa szefa Requiem Records - Łukasza Pawlaka. Chwała mu za to i za wiele innych rzeczy, zwłaszcza, że w planach serii archiwalnej zapowiadane są kolejne perły. Ja już się cieszę.
Mocno niedoceniona inicjatywa Łukasza Pawlaka - Requiem Records - powraca chyba w najlepszej od lat formie. Jedną z jej emanacji jest seria archiwów polskiej elektroniki i industrialu. Pierwsze dwie płyty przypominają grupy 997 i Düsseldorf. Zacznę od tego, czego nie widać dokładnie na zdjęciach przedstawiających okładki. Łukasz Pawlak jak za dobrych kasetowych czasów wznosi się na edytorskie wyżyny. Każda z płyt wydana jest w trzypanelowym ekopacku uzupełnionym książeczkami i bardziej kuriozalnymi bonusami.
Srebrną okładkę Düsseldorfu okala kawałek alluminiwej taśmy zdającej się być elementem jakiejś rozerwanej konstrukcji z której muszą również pochodzić, dorzucone do foliowej koperty, kolorowe gwoździe i podkładki. Grafika uzupełniona odbitymi stemplami nawiązuje zarówno, do kserowanych zinów jak i siermiężnego socrealu, co nie przeszkadza jej zachwycać.
Pieśni masowe uzupełnia płócienna torebka która gdyby była większa mogłaby pewnie skrywać hydrant lub koc przeciwogniowy w jakimś kombinacie, do tego po wyciągnięciu z niej okładki odkrywamy, poza świetną książeczką, kartkę z maszynopisem tekstów opatrzoną pieczątkami cenzury. Ok.. Przejdźmy jednak do tego co najważniejsze, co skryają te opakowania?
997 to grupa z pogranicza antysystemowego happeningu, słuchowiska i typowo industrialnego zgiełku. Inspiracje Laibachem bywają czytelne ze względu na zderzenie industrialu z wątkami totalitarnymi, ale 997 dryfuje dalej w kierunku kolażu. Z drugiej strony jest w tej płycie coś z Residents, bo prepary uzupełniają szydercze songi. Poza skrawkami syntetycznych melodii, jakimiś wyrwanymi z kontekstu partiami gitar i fabrycznego łomotu są deklamowane lub wyśpiewywane w wiecowej manierze słowa zaczerpnięte z propagandowych tekstów i nagrania z telewizji i radia, choćby programu 997, który był wielką inspiracją dla grupy. Obok fragmentów intensywnych pojawiają się niepokojące, nerwowe pejzaże. Które po zapoznaniu się z tekstem załączonym w książeczce zaczynają brzmieć jak podkład dźwiękowy do wizji lokalnej w murach opuszczonych melin. Część nagrań może bawić, jednak jest w tej muzyce coś z korzennego bluesa. Ból, smutek, który co jakiś czas wyziera spod wściekłości i kpiny. Przyznam, że spodziewałem się siermiężnych prób nadążenia za tym co z opóźnieniem docierało z Zachodu, tymczasem Pieśni Masowe mają głębię i stoją za nimi doświadczenia nadające całości dodatkowych wymiarów, o których wiele zachodnich grup mogło tylko marzyć. Smutne, że w pełni mogą docenić to ludzie, dla których świat zza żelaznej kurtyny nie jest jedynie cepeliadą sierpów, młotów i portretów wodzów lub zbrodniczym molochem. Smutne, że mogą to docenić w pełni jedynie ludzie w Polsce gdzie zainteresuje się tym garstka osób.
Düsseldorf to zupełnie inna grupa, bo obok quasifuturystycznych recytacji na płycie znajdują się nagrania w duchu elektronicznej nowej fali. Recytacje dziś wydają się nieco infantylne ale uzupełnione są genialnymi tłami nagranymi przy pomocy dźwięku maszyn (trochę przesadzam używając liczby mnogiej bo ten etap działalności grupy jest udokumentowany na płycie jednym nagraniem). Piosenki, mimo iż nagrane dekadę po tym jak tego typu muzykę robili wyspiarze, urzekają. Całość jest dużo lżejsza od 997, więcej tu młodzieńczego idealizmu,całość ma mniej systemowy a bardziej osobisty charakter. Monotonne rytmy i sekwencerowe przebiegi uzupełniają melodyjne wokale, trochę w tym z Suicide, trochę z wczesnego elektronicznego gotyku. Być może oczekujących surowego industrialu ta płyta zawiedzie popowym sznytem, ale dla mnie właśnie zderzenie piosenkowości z siermiężnością i minimalizmem stanowi o sile tej płyty. Wynik słabość zachodnich projektów do szarości socjalistycznej Warszawy, tu jakby jest naturalnym faktorem, a nie pozą czy stylizacją (w prawdzie zespół pochodził z Katowic, ale Spodek na tle bezbarwnych Katowic lat 80. musiał wyglądać równie imponująco co PKiN na środku pustego Placu Defilad).
Nie lubię wszelkich stwierdzeń z serii: „musisz to kupić, musisz to mieć”, ale w przypadku tych dwóch płyt wydają się mieć wyjątkową rację bytu, jeśli czytelnicy M|I nie ocalą tych projektów przed zapomnieniem
i niebytem, nie wiem kto to zrobi. Ja już wyczekuję kolejnych części serii!
mirt m|i 5.11. str.81
Nieocenione Requiem Records po krótkiej przerwie wznawia działalność wydawniczą. Oficyna, owszem, prezentuje nową muzykę, ale mocno stawia zarazem na unikalne nagrania zapomnianych dziś wykonawców. Nowy podrozdział w archiwalnej serii Requiem otwierają dwie niecodziennie wydane albumy.
Pierwszy przypomina historię śląskiego duetu Düsseldorf, inspirującego się popularnym wówczas (na Zachodzie, nie u nas) elektronicznym, tanecznym industrialem. Trudno go jednak temu nurtowi jednoznacznie podporządkować. Oprócz klimatów bliskich takim zespołom jak Front 242, mamy tu minimalistyczne „nerwówki” w stylu DAF czy Suicide, kombinacje z samplingiem przywodzą zaś na myśl bardziej awangardowe poczynania Depeche Mode (lub mniej awangardowe Laibacha). Düsseldorf nie ograniczał się do muzyki; animował scenę i uprawiał performance, co dokumentuje utwór „Uleczmy maszyny”, zapis wzorowanej na manifestach futurystów przemowy tonącej w zgiełku maszynowego hałasu. W muzyce Düsseldorf intryguje połączenie zachwytu nad zdehumanizowanym środowiskiem z emfazą wokalisty Adama Białonia i niezbyt złożoną liryką miłosną.
„Pieśni masowe...” to już rzecz dla większych twardzieli. Gitara hałasuje niczym piła mechaniczna, chroboczą maszyny, huczy stal. Myli raz mglista, raz piosenkowa struktura utworów, zaskakują sample i nietypowe instrumentarium - w nagraniach z końca lat 80. grupa 997 (w składzie z Bolesławem Błaszczykiem, znanym dziś szerzej z Grupy MoCarta) wzoruje się na mistrzach industrialu: Einstürzende Neubauten, Throbbing Gristle, a zwłaszcza Laibachu. Warszawska grupa dokonuje zabiegu podobnego do Laibachowego „nadutożsamienia” się z systemem, bohaterem swej „Stasi Kunst” czyniąc płk. Jana Płócienniczaka, ówczesnego gospodarza magazynu „997”.
Jędrzej Słodkowski Gazeta Wyborcza
Düsseldorf to zapomniana dziś formacja powstała w 1989 roku w Katowicach, a której dokonania możemy dziś odświeżyć dzięki Requiem Records. Album zawiera nagrania z przełomu lat 80. i 90. Jest to płyta wypełniona mieszanką zimnej fali, dźwięków syntezatorów, punkowa motoryka przeplata się z tanecznym bitem i industrialnymi zgrzytami. Jest to wręcz esencja brzmień charakterystycznych dla lat 80, słychać wpływy Suicide, Front 242, enigmatyczne, poetyckie teksty i głos wokalisty przywodzi momentami na myśl Nową Aleksandrię Siekiery. Jednak muzycy Düsseldorf nie kopiują sprawdzonych wzorców, słychać w tej muzyce poszukiwanie własnego, charakterystycznego stylu i moim zdaniem im się to udało.
Skupianie się tylko na zawartości muzycznej spłyciłoby jednak przekaz zawarty na tym albumie. Düsseldorf to nie był tylko zespół muzyczny – oprócz koncertów grupa wydawała ulotki, organizowała performance o charakterze industrialnym, eksperymentowała z fotografią, wygłaszała manifesty i odczyty. Jeden z takich manifestów trafił na płytę jako Uleczmy maszyny. Cały album można zresztą potraktować jaki manifest, apoteozę techniki, hałasu, maszyn, dynamiki, futuryzmu, awangardowego 3 x M – Miasta, Masy i Maszyny. Człowieka maszyny, człowieka zautomatyzowanego. Wszystko to podane w dusznej i gęstej jak powietrze w hucie atmosferze industrialnych dźwięków.
Naprawdę ciekawy, frapujący album, na dodatek bardzo elegancko wydany. Requiem Records kolejny raz pokazało klasę.